NIECO... INNE SPOJRZENIE NA HERMIONĘ I VOLDEMORTA.
Blog > Komentarze do wpisu
Rozdział pierwszy
Muszę przyznać, że ilekroć piszę perspektywę Voldemorta mam głupawkę i wynajduję mnóstwo luk, które zrobiła pani Rowling. Co mi przypomina, że powinnam zrzec się wszystkich praw do postaci i świata Harry'ego Pottera. Nie zarobiłam na swojej pisaninie ani grosza i nie sądzę, by miało się to zmienić :)

1.

            Dzień jak co dzień. Prawdę mówiąc właśnie takie dni denerwowały ją najbardziej. Była tak przyzwyczajona do adrenaliny i niezwykłych wydarzeń, że spokój i cisza wydawały się jej stanem nienaturalnym. Przerzucała nerwowo kartki grubej księgi i spoglądała ponuro na Rona, który – a jakże – leżał wyciągnięty na podłodze i udawał, że nie śpi, co wychodziło mu naprawdę kiepsko. Czasami sama nie rozumiała dlaczego to właśnie on jej się podobał. Nie był ani inteligentny, ani sprytny, ani specjalnie przystojny. Leniwy, nieuprzejmy, nietaktowny, bezmyślny i momentami arogancki – jak najbardziej. Owszem, miał i zalety, ale zwykle zachowywał się tak głupio, że to w pełni przytłaczało dobre cechy jego charakteru. Czasami łapała się na myśli, że chciałaby czegoś innego. Czegoś, co spowoduje, że ponownie poczuje podniecenie, adrenalinę i niepewność. Nikt pewnie nie wiedział, że takie myśli pojawiały się w głowie młodej kobiety, która była uznawana za kompletnie aseksualny zbiór informacji. Jedynie od czasu do czasu Dumbledore i Snape patrzyli na nią w inny sposób – pierwszy z obawą, drugi z czujnością. Jednak nie odzywali się do niej, nie próbowali w jakiś sposób wpłynąć na jej zachowanie. Jej myśli zostały przerwane przez Harry’ego, który rzucił książką o podłogę.

- Zniszczysz ją! – warknęła z naganą. – To jeden z tomów z Działu Zakazanego. Merlin jeden wie, ile ona ma lat!

- Pewnie tyle, ile on sam miał. Hermiono, tu nic nie ma. Zero. Żadnego pomysłu na pokonanie Voldemorta.

- Musi coś gdzieś być. Najwyraźniej szukamy nie tego, co trzeba.

Jej wiara w książki była niepodważalna. Była pewna, że w końcu coś znajdą. Jednak tydzień i stosy książek później przekonały ją co do tego, że się myliła. I wtedy pomoc przyszła w najmniej oczekiwanej formie – Mundungusa. Stary, wiecznie lekko spity czarodziej wturlał się przez drzwi Grimmauld Place i usiadł na krześle koło Rona, który skrzywił się i zatkał nos.

- Dung, miło cię widzieć. Może chciałbyś wziąć prysznic?

- Po co? W tym roku już się myłem. Słuchajcie, nie macie kapki czegoś mocniejszego?

- Nie – odpowiedzieli chórem.

- Ale już jesteście pełnoletni. No wiecie… Tylko troszeczkę.

Hermiona potarła oczy, czując zmęczenie. Co z tego, że byli pełnoletni? Ukończyli Hogwart dwa lata temu i od tego czasu jedynym co robili było szukanie sposobu na pokonanie czarnoksiężnika, który opanował większą część kraju i to nie przemocą, a siłą sugestii. Niewielu wierzyło, że on naprawdę powrócił, za to ludzie w Ministerstwie, których nie wiązano bezpośrednio ze Śmierciożercami, byli tak przekonujący, że przeforsowano wiele ustaw, które nie podobały się Zakonowi. Prawdę mówiąc – Hermiona była przerażona. Ron i Harry nie zdawali sobie sprawy, jakie ograniczenia zostały nałożone na czarodziejów z mugolskich rodzin. Co rok musieli poddawać się testom Ministerstwa, ich różdżki zawsze były namierzalne, nie mogli zakładać rodzin bez odpowiedniego zezwolenia… I to dopiero był początek. Wiele rodzin mieszanych – jak choćby Andromeda i Ted Tonks – uciekło za granicę, gdzie jeszcze było względnie spokojnie, ale Zakon zdawał sobie sprawę, że to tylko czasowy stan rzeczy. Voldemort nie ograniczy się do Anglii – opanuje inne kraje, w swoim czasie. I zrobi to równie subtelnie, co w swojej ojczyźnie. Nikt nie wiedział dlaczego nagle przestał porywać i mordować, za to zszedł „do podziemia”. Nie było wątpliwości, że to on za tym wszystkim stoi – ale dlaczego? Tego nikt nie wiedział. I choćby dlatego Święta Trójca (jak wciąż złośliwie określał ich Snape) nie miała czasu na picie, zabawy i życie prywatne.

- Nie mamy tu nawet kropli alkoholu – wtrącił suchym tonem Harry. Od kiedy Ginny ostatecznie go zostawiła, twierdząc, że oczekiwała choć trochę zainteresowania z jego strony, zrobił się wyjątkowo nieprzyjemny. – Czego chcesz?

- Mam informacje. – Zaczął grzebać po kieszeniach, aż w końcu wyciągnął brudną i pognieconą kartkę. Kiedy podał ją Hermionie, ta żałowała, że nie ma mugolskich szczypiec. – Natknąłem się na starego kumpla i trochę se wypiliśmy, no i tak zaczął gadać i gadać.

- Do rzeczy.

- Nie denerwuj się, Harry. Gość był szmuglerem i trochę se po świecie podróżował i tak jakoś trafił w okolice Albanii. – To przykuło ich uwagę. To właśnie tam udał się Voldemort wiele lat temu. – No i słyszał tam plotki w różnych podejrzanych tawernach i bur… eee… innych miejscach.

W obecności kobiet zawsze starał się nieco uważać na swój język – Molly i McGonagall skutecznie wbiły mu do głowy niektóre zasady dobrego wychowania.

- Plotki? – Ron prychnął i pociągnął kawę z kubka. Była dopiero jedenasta rano, a to była jego ósma kawa. Nie rozumiał znaczenia słowa „kofeina”. – Dung, nas obchodzą fakty, jak często podkreśla Hermiona. Zresztą, czy to nie ty ostatnio mówiłeś, że poszła plotka o tym, że Voldemort ma jakiś ukryty pokój, w którym torturuje mugolaków?

- Ej, to akurat nie była moja wina! Zresztą, Snape mówił, że i wśród Śmierciożerców jest taka plota.

Hermiona westchnęła i uznała, że to jest właśnie moment, w którym powinna wkroczyć do akcji. Ostatnimi czasy stres i bezradność chłopcy odbijali sobie w sposób dość głupi, a jednocześnie typowo męski – szukając bójki.

- Nie chodzi o plotki i które okazały się złe, a które dobre. Mundungusie, mógłbyś nam powiedzieć o co chodzi? Szukałam informacji o Albanii, ale są dość mętne i niejasne. Może nas oświecisz.

Na samą myśl o „oświecającym Mundungusie” Harry i Ron parsknęli, ale szybko umilkli widząc jej minę. Fletcher w ogóle tego nie zauważył.

- A więc… Chodzi plota, że jakieś trzydzieści lat temu pojawił się tam gość, Anglik. Ładniutki, choć jakiś dziwny. I od kiedy on się pojawił to jakoś wszyscy wężouści Albańczycy umierali i ten Anglik podobno mówił, że to jakaś zaraza. Poradził też, żeby każde wężouste dziecko zabijać, bo może zaraza przenieść się na zdrowych ludzi. Niewiele później, Dumbledore sprawdził, spora ilość wężoustych Anglików również znikała w podejrzanych okolicznościach. No więc połączyłem sobie te sprawy i doszedłem do wniosku, że może wam się przydać informacja, że Sami-Wiecie-Kto najwyraźniej ma coś do gadających z wężami.

Przez chwilę zastanawiali się nad tym, co im powiedział. Hermiona doszła do wniosku, że jeśli jest to prawda, to rzuca całkowicie inne światło na całą sprawę… Ron, który miał talent do prostego i klarownego podsumowywania, powiedział na głos to, co cała trójka myślała.

- Pytanie w takim razie, czy wężouści są jakimś zagrożeniem dla Voldemorta? I czy tym można go zniszczyć?

Harry skinął głową.

- Trzeba to sprawdzić, ale nie widziałem zbyt wielu książek dotyczących tego konkretnego tematu.

- Bo dla większości czarodziejów czystej krwi wężouści są i tyle. – Ron wzruszył ramionami i nalał sobie kolejny kubek kawy. – Nie zastanawiamy się specjalnie dlaczego, na co i po co. Hermiono, kojarzysz jakiś materiał?

Pokręciła głową.

- Nie, ale pamiętam, że kiedyś byłam razem ze Snape’em na Nokturnie i tam jest pewna księgarnia…

- Zaraz. Ty byłaś gdzieś ze Snape’em?!

- Nie drzyj się, Harry. Dumbledore stwierdził, że tylko my mamy takiego hopla na punkcie książek, żeby udać się w takie miejsce. Bo, widzicie, to dość specyficzna księgarnia. Tam trzeba bardzo chcieć przeczytać jakąś książkę dla samej przyjemności czytania.

- A jeśli się nie chce?

- Nie chcesz wiedzieć. W każdym razie byliśmy tam i pamiętam, że widziałam gdzieś tytuł „Magiczne zdolności językowe – Tom I, Wężouści”.

- Widziałaś go tylko raz i zapamiętałaś?

- Prawdę mówiąc spytałam się Snape’a czy bierzemy i to, ale stwierdził, że nie jest nam potrzebne do dalszych badań. No i powiedział, że to nie jest odpowiednia książka dla dzieci, którym wydaje się, że wiedzą wszystko. Potem wygłosił wykład dotyczący Gryfonów w ogóle i Świętej Trójcy w szczególe. Pomijając wykład sądzę, że ta książka musi być dość nieciekawa.

Siedzieli przez chwilę w ciszy (czy też względnej ciszy, bo Ron siorbał, a Dung szperał po kątach w poszukiwaniu jedzenia), aż w końcu Hermiona podjęła decyzję, która w perspektywie późniejszych wydarzeń była najgorszą w jej życiu.

- Pójdę tam.

*

            Pamiętała moment, w którym po raz pierwszy znalazła się w miejscu, które wydawało się niebezpieczne. Sklep pana Ollivandera przyprawiał ją o ciarki, ale im bardziej się bała, tym bardziej chciała pokazać, że jest wręcz przeciwnie. Przyciemnione światło, kurz i sam czarodziej wzbudzali w niej strach. Mimo to sięgnęła po różdżkę chętnie i bez większych oporów. Trochę potrwało, nim znaleźli tę właściwą, ale prąd, który przeszył jej ramię podpowiedział jej, że nie będzie chciała już żadnej innej.

- Tak, tak… - mruczał mężczyzna, kiedy już wychodziła. – To bardzo dobra różdżka do zaklęć. Wszystkich zaklęć. Ma w sobie siłę, pragnienie zaistnienia i udawane posłuszeństwo, więc może być nieprzewidywalna. I jeszcze nie wybrała swojej drogi.

Teraz, mijając sklep Ollivandera zastanowiła się czy aby na pewno mówiąc to miał na myśli jej różdżkę, czy ją samą. Kiedy jednak weszła na Nokturn od razu zapomniała o wszystkim poza chęcią przeżycia. Owszem, miała na sobie pelerynę-niewidkę Harry’ego, ale czuła się tak, jakby była naga. Przemykała pod ścianami, byle szybciej dotrzeć do księgarni. Dobrze pamiętała gdzie ona się znajduje – Snape kazał zapamiętać jej drogę w razie, gdyby musieli się rozdzielić. Znał Nokturn jak własną kieszeń, ale ona zgubiłaby się za pierwszym rogiem. Nie była bezbronna, ale pojedynki nie były jej mocną stroną. Była mózgiem, nie mięśniami. Dlatego kiedy zamknęła za sobą mocne, dębowe drzwi odetchnęła i zdjęła pelerynę. Pomarszczony właściciel bezimiennej księgarni uśmiechnął się.

- Witam. Witam ponownie. Wiedziałem, że pani wróci. Taka chęć zdobycia wiedzy… Niespotykana, bardzo rzadka. W ostatnich latach prawie nikt tu nie zagląda. Pani jest jedną z trzech osób, które tu przychodzą.

- A kim są pozostali?

Ona i jej niewyparzony jęzor! Staruszek wydawał się jednak zachwycony. Zachowywał się nieco dziwnie, ale nie tak niepokojąco jak wytwórca różdżek.

- I te pytania! Takie same jak pozostali… Pierwszy był ostatnio z panią. Wysoki, ciemnowłosy, niebezpieczny czarodziej. Przychodzi tu od wielu lat co miesiąc, choć z czasem po coraz mniej niebezpieczne rzeczy…

Nie znał ich nazwisk z jednego powodu – Snape twierdził, że podawanie nazwiska, gdy nie jest to niezbędne, jest głupotą. Tłumaczył jej, że Borgin i Burkes przy tej księgarni byli niczym Sklep Weasleyów w porównaniu z podziemiami Gringotta. – i nie chodziło mu tylko o wystrój, ale również o bogactwo.

- A ta druga osoba?

Uśmiech mężczyzny zbladł. Obrócił się do niej plecami, zgarbiony, jakby przygnieciony czymś, czego nie mógł unieść. Jego głos był słaby i smutny.

- Niech się pani rozejrzy i wybierze.

Wiedziała, że nie powinna więcej pytać. Dlatego zaczęła szukać książki, którą tu widziała. Kolejna rada Snape’a, który – jak się przed chwilą okazało – był tu stałym bywalcem. Byli wtedy już z powrotem na Grimmauld Place i przeglądali pokryte kurzem księgi, których strony były tak cienkie, że bała się ich dotykać.

- Jeśli będziesz musiała tam pójść beze mnie, a taka sytuacja pewnie się zdarzy, to zapamiętaj jedno – nigdy, ale to nigdy, nie pytaj właściciela o książki dotyczące tego, czy tamtego. On jedynie składuje tomy i twierdzi, że jeśli coś chce się znaleźć, to należy to zrobić samemu, bo wtedy zyskaną rzecz ceni się znacznie wyżej.

- A jeśli spytam to co się stanie?

Obrzucił ją morderczym spojrzeniem.

- Granger, czy ty nie umiesz przyjąć prostego polecenia bez otwierania gęby?! Masz go o nic nie pytać i to wszystko, co musisz wiedzieć! A teraz weź się za czytanie, bo nie mam całego dnia!

Szukanie samemu nie było łatwe – księgarnia była malutka, a praktycznie każdy cal pomieszczenia był zapchany książkami. Kucnęła i zaczęła czytać tytuły w nadziei, że znajdzie coś pomocnego. Niestety, o wężoustych znalazła tylko jeden tom – ten sam, o którym mówiła chłopcom. Była tak zafascynowana tytułami, że nie wyczuła spojrzenia właściciela, który obserwował uważnie każdy jej krok. Kiedy w końcu położyła na ladzie „Magiczne zdolności językowe – Tom I, Wężouści” rozluźnił się i skinął głową.

- Tysiąc galeonów i dwa sykle.

Nawet się nie skrzywiła, tylko wyłożyła pieniądze na ladę. Każdy wolumin znajdujący się w tym pomieszczeniu był wart fortunę. Ostatnim razem ze Snape’em zostawili tu ponad dziesięć tysięcy. Pieniądze zostały wzięte z osobnego rachunku założonego specjalnie na potrzeby Zakonu, które nie były małe. Wsunęła książkę pod sweter i miała już wychodzić, gdy staruszek położył jej dłoń na ramieniu.

- Uważaj na siebie, dziecko.

Uśmiechnęła się niepewnie i skinęła głową. Kiedy wracała, wciąż pod peleryną, starała się nie zwracać uwagi na to, że jego słowa były dziwne. W końcu słyszała je wielokrotnie – takie były czasy i była to zwykła, dobra, przyjacielska rada. Jednak coś jej podszeptywało, że to wcale nie było to. W jego tonie było najprawdziwsze ostrzeżenie. Jakby o czymś wiedział. O czymś, co mogło dotyczyć jej osoby. Skręciła w kolejną ciemną uliczkę i nie zwróciła uwagi na to, że wydawała się być kompletnie bez życia. Owszem, Nokturn w żaden sposób nie przypominał Pokątnej, ale na każdej ulicy stały wiedźmy z podejrzanymi produktami, prostytutki, złodzieje… Ta uliczka była jednak pusta i dopiero, gdy przestała się zastanawiać nad słowami staruszka przystanęła i niepewnie się rozejrzała. Każda okiennica była szczelnie zamknięta. Po bruku nie biegał ani jeden szczur. Nawet kruki zniknęły z dachów. Zrobiło jej się zimno i objęła się ramionami, jednocześnie przyspieszając. Wielokrotnie żałowała, że aportacja na Śmiertelnym Nokturnie jest niemożliwa. Nie mogła biec, bo wtedy zostałaby usłyszana, a czuła, że wtedy na pewno nie wyszłaby stąd cała. Skręciła za róg i odetchnęła widząc plamę światła przed sobą – Przekątna była dosłownie dwadzieścia kroków przed nią. Widziała czarownice w pięknych szatach sunące przed siebie, biegające dzieci, śmiejących się głośno czarodziejów. Gwar, życie i radość, czyli dokładnie to, czego teraz potrzebowała. Pierwsze pięć kroków pokonała spokojnym krokiem, przy szóstym przyspieszyła, a przy dziesiątym zaczęła biec. Niestety – trzynasty krok zgubił ją, bo książka wysunęła się spod swetra i upadła na ziemię. Zatrzymała się i kucnęła, by ją ponownie schować. Kiedy się podniosła uchyliła usta, by wrzasnąć, ale była tak sparaliżowana strachem, że nie wydała żadnego dźwięku. Tuż przed jej twarzą znajdował się trójkątny, potężny łeb węża, który uniósł przednią część swojego masywnego cielska i wpatrywał się w nią z oczekiwaniem. Przycisnęła tom do piersi i szybko się obejrzała – do wyjścia z Nokturnu było siedem kroków. Praktycznie na wyciągnięcie ręki. Zmusiła swoje nogi do ruchu i zrobiła krok do tyłu. Wąż zasyczał, wysuwając swój rozdwojony na końcu język tak daleko, że prawie dotknął peleryny-niewidki. Wydała cichy dźwięk, który sam z siebie wyrwał się z jej gardła – coś pośredniego między jęknięciem, a szlochem. Nie mogła się poddać. Nie teraz. Jeśli uda jej się dotrzeć do Pokątnej, to wąż wzbudzi panikę i być może uda jej się uciec. Rozważyła wyjęcie różdżki, ale nie przychodziło jej do głowy żadne zaklęcie, które mogłoby powstrzymać bestię. Zrobiła drugi krok. Łeb węża pochylił się znacznie do przodu. Aż za dobrze znała tę postawę z książek – szykował się do ataku. Niewiele myśląc obróciła się i zaczęła biec. Nie zrobiła więcej, jak dwa susy, gdy poczuła, jak silne cielsko oplata się wokół jej szyi i torsu. Zachwiała się i upadła, walcząc o oddech. Jednak z każdym ruchem, z każdym wydechem wąż mocniej zaciskał swoje cielsko i kiedy przed oczami zaczęły jej tańczyć ciemne plamy pomyślała, że mogło być gorzej. Taka śmierć przynajmniej była szybka. Nie wiedziała, jak bardzo się myli.

*

Wyczuł ją w chwili, gdy weszła do uliczki, którą wybrał. Była na tyle głupia, że nie zamaskowała swojego zapachu i czuł go z daleka. Wybijał się ponad smród Nokturnu – kwiatowy, delikatny, kobiecy. Dawno czegoś takiego nie czuł. Narcyza i Bella używały duszących, silnych perfum, które drażniły jego wrażliwy zmysł węchu. To było jednak co innego. W chwili, w której poczuł pierwszą nutę strachu przymknął oczy z zachwytu. Nie było piękniejszej rzeczy, niż przerażenie niewinnej kobiety. Z każdą chwilą było ono silniejsze, a w chwili pojawienia się Nagini mógł wręcz usłyszeć paniczne bicie jej serca. Reagowała nieco inaczej, niż większość ludzi – nie rzuciła się od razu do panicznej ucieczki i dopiero gotowość węża do ataku spowodowała, że zaczęła biec. Z radością patrzył jak silne, długie i piękne ciało Nagini spręża się i niemalże wylatuje w powietrze. Było w tym widoku piękno w jego najbardziej prymitywnej formie. Atakujący drapieżnik był pełen siły, pewności i żądzy krwi. Kiedy dziewczyna zemdlała wyszedł z cienia i westchnął.

- Nagini, puść. Chcę ją żywą.

Spojrzała na niego niewinnie (na tyle niewinnie, na ile kilkumetrowy wąż o wrednym pysku potrafi) i przydusiła jeszcze troszkę, że niby ona nic takiego nie robi, to kto inny i takie tam.

- Nagini.

Wyczuła w jego głosie stalową nutę i niechętnie się rozwinęła, po czym odpełzła na bok i zwiesiła łeb. Przesunął długimi, bladymi palcami po jej odsłoniętej szyi.

- Dobrze się sprawiłaś. Później dam ci za to pysznego mugola.

Prawie zamerdała końcem ogona, ale już dawno temu wytłumaczył jej, że to nie jest zachowanie odpowiednie dla zwierzątka najpotężniejszego czarnoksiężnika wszechczasów i „maskotki” bandy morderców. Przyklęknął nad ciałem Hermiony Granger i uśmiechnął się z satysfakcją. Tak, będzie idealna. Złamanie jej zajmie mu trochę czasu, ale znacznie większą radość będzie odczuwał po tym, jak ona wreszcie się ukorzy. Będzie wspaniałym zwierzątkiem, był tego pewien.

wtorek, 19 kwietnia 2011, mroczna88
Komentarze
2011/04/19 14:41:38
Kocham. Czytałam z szerokim uśmiechem. Po pierwsze, ciekawy pomysł czy może ciekawe wykonanie. Naprawdę to fajnie wymyśliłaś i opisałaś. Podobały mi się słowa Ollivandera na temat jej różdżki czy może jej samej. A wcześniej: Czyżby Hermiona myślała o utracie kontroli w ramionach mężczyzny? ;) Zastanowiło mnie też, jak ten księgarz może wyżyć z dwóch czy w porywach - trzech klientów, ale ceny książek tłumaczą wiele. Podobał mi się też opis Nokturnu. Czuć było napięcie. Opis "przyduszenia jeszcze troszkę" i generalnie Nagini znów mnie rozbawił. :)
-
Gość: rose, aly188.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/04/21 19:28:46
boskie. kapitalne. zwłaszcza fragment z Nagini.
-
Gość: megan_*, 81-219-152-63.geckonet.org
2011/05/27 18:22:09
Boskie. Opisy, pomysł, całokształt. Rozbawiła mnie Nagini, Tobie pogratulować za świetne pomysły z księgarnią włącznie.
-
Gość: Nicole, 89-73-31-22.dynamic.chello.pl
2011/07/19 22:07:35
Nagini mnie rozbawiła. Zachowywała się jak mały psiak :) Co do całej sytuacji. Staruszek był dziwny, nawet bardzo. Coś jak Trelawney w napadzie przepowiadania strasznej przyszłości :D Jednakże nawet nie chcę myśleć, co bym zrobiła gdyby na mojej drodze pojawił się ogromny wąż. Chyba bym zemdlała. Podsumowując, rozdział jest świetny, tak ja każdy, który napiszesz :)
-
Gość: charlotte, host-91.222.224-112.eturbo.pl
2011/09/23 21:31:37
Świetne. Też chciałam napisać, że "Nagini zachowuje się jak mały psiak" ; , co mnie niesamowicie rozbawiło.
BannerFans.com