NIECO... INNE SPOJRZENIE NA HERMIONĘ I VOLDEMORTA.
Blog > Komentarze do wpisu
Rozdział szósty
Ufff... No i napisałam :D Wierzcie mi, że nie jest łatwo wbić się w tak wielką fazę, żeby pisać rozdziały do tego konkretnego opowiadania. No i specjalnie czekałam na powrót snake z Biskupina ;) Podziękowania dla Szamana-Która-Wróciła!

6.

Jej mina warta była całego tego zachodu. Wyglądała, jakby ktoś przyłożył jej tłuczkiem w głowę i musiał mocno się powstrzymywać, żeby nie zacząć się śmiać, bo to zrujnowałoby wszystko. Severus pokazał mu te książki, które czytali młodzi z Zakonu i musiał przyznać, że Dumbledore wybrał naprawdę niezłe pozycje. To było wszystko to, czego zwykle używali do utemperowania wrogów, którzy dostali się w ich ręce. Panna Granger miała wspaniałą pamięć i pewnie oczekiwała od niego czegoś w tym stylu, więc należało wybić ją z rytmu. Bardziej będzie bała się tego, co jest nieprzewidywalne, nawet jeśli na początku da jej poczucie bezpieczeństwa.

Przez wiele lat nauczył się, że jeśli najpierw z kimś się zaprzyjaźni, a później tego kogoś zdradzi, to ból jest znacznie większy niż gdyby obdzierał go na samym początku ze skóry śpiewając kołysankę (podobno tak robili wszyscy psychole, ale nie miał pojęcia, dlaczego właśnie kołysanki?) albo hymn religijny (co w ogóle było skrajnym idiotyzmem, do tego mocno oklepanym). Wybrał specjalnie taką, a nie inną książkę – bardziej łzawej chyba nie było. Już w podstawówce uznał, że mugole są bardziej pokręceni niż on. Kazali czytelnikom polubić i pokochać psa, który szukał domu, a gdy już był tego domu blisko – ginął i to niby z poświęceniem, ale mimo wszystko ginął. Pamiętał, że wiele dzieciaków miało po tej lekturze traumę na całe życie i to zupełnie bez sensu. Traumy spowodowane przez niego były przynajmniej wychowawcze – przykład z tym nieszczęsnym królikiem. Nie powinno mówić się do biednego sieroty, że jego mama go nie chciała – takie słowa są okrutne. Po powieszeniu królika idiota nauczył się trzymać język za zębami i Voldemort był pewien, że już nigdy nikogo nie obraził. A oni śmieli mu mówić, że jest okrutny! Na samo wspomnienie nachmurzył się.

Wyznawał zasadę, że jest okrucieństwo i okrucieństwo. To pierwsze było bezcelowe i stosowane dla samej zabawy, a takim pogardzał. Każde działanie powinno mieć swoją przyczynę i cel. I właśnie dlatego wolał to drugie okrucieństwo, które było podyktowane chłodną logiką i potrzebą – a te dwa pojęcia wcale się nie wykluczały, jak twierdzili niektórzy.

Pociągnął kolejny łyk drinka i musiał przyznać, że jedyną rzeczą, którą mugole naprawdę potrafili zrobić dobrze, był alkohol. Jednak nie mógł w pełni rozkoszować się zapachem pomarańczy, bo w jego czuły zmysł węchu niczym ostra szpila wbijał się amoniak. Rozejrzał się i zauważył, że w jednym z kątów – tym najbardziej oddalonym od dziewczyny – była mokra plama. Czyli jednak była w stanie poświęcić trochę swojej godności. Dobrze. Zastanowił się przez chwilę, czy nie zostawić tego tak, jak jest, ale przypomniał sobie o budowaniu zaufania. Nie może dać jej zbyt wiele, ale coś musi. Po namyśle wyjął palemkę z drinka i transmutował ją w kubeł, po czym posłał go do kąta. Obdarzył idiotkę szczerym uśmiechem – że niby masz, jam twój dobry wujek i opiekun, który ci nieba przychyli – i wrócił do lektury. Czy też raczej udawał, że czyta, a zamiast tego obserwował ją, a okulary powodowały, że ona nie mogła stwierdzić, gdzie patrzy. Drżała i pocierała ramiona, czyli było jej chłodno. Na razie zostawi to tak, jak jest. Może przy następnej wizycie da jej coś cieplejszego do ubrania, a przy tym dość ciekawego.

Powinien ją oswajać powoli - tak, jak to robił z Nagini. Nikt nie wiedział, że kiedy pierwszy raz ją spotkał, to próbowała go zabić. Nienawidziła ludzi i bała się ich – przy czym jedno wypływało z drugiego, a nie rozróżniała magów od mugoli i to był jej pierwszy błąd. Zamknął ją w magicznej klatce i zamiast zmusić magią do poddania się, wychował ją tak, że do dziś była mu bardziej wierna niż najwierniejszy nawet Śmierciożerca. Owszem, były tego pewne minusy – spanie w jednym łóżku zdecydowanie zaliczało się do pierwszej dziesiątki – ale czuł, że akurat w przypadku szlamy te minusy staną się plusami. Była zgrabna i dość ładna – a przynajmniej nie brzydka, co w pełni go satysfakcjonowało. Był wybredny i brał jedynie ładne oraz zgrabne, choć jego pojęcie tych słów było nieco… specyficzne.

Lubił to słowo, tak swoją drogą. Nie oryginalne, nie nienormalne, ale specyficzne. Brzmiało mądrze i dojrzale, a przy tym w połączeniu z niektórymi rzeczownikami niebezpiecznie. Lubił niebezpieczne słowa i żałował, że „lubić” miało tak pozytywne znaczenie. Przez to częściej musiał używać „nie lubię” bądź „nienawidzę” a nie lubił się powtarzać. „Lubię zadawać ból” brzmiało tak, jakby to jakiś mięczak z wystającymi zębami i odstającymi uszami wyseplenił. Jeszcze tylko brakowało, żeby mówił „lupię sadafać ból. „Nienawidzę sprawiać przyjemności” było dosadniejsze i bardziej kojarzyło się ze złem. Choć to zależało od odbiorcy i kontekstu. Bo w pewnych dziedzinach życia Czarny Pan jak najbardziej uznawał przyjemność za rzecz ważną. Ot, jak w tej chwili. Słoneczko, drink, oszołomione towarzystwo, spora część Zakonu wyjąca i jęcząca w kwaterach Śmierciożerców, perspektywa zabicia Dumbledore’a i Pottera… Sama przyjemność, przecież każdy by to przyznał.

– Dlaczego mnie tu trzymasz?

O, oszołomione towarzystwo stało się jedynie towarzystwem. Kiepska sprawa. Bez przymiotnika „towarzystwo” brzmiało kiepsko i mało poetycko. Wzruszył więc ramionami i odpowiedział tak zgodnie z prawdą, jak tylko się dało – czyli nie do końca skłamał, ale pięknie minął się z prawdą.

– Bo mi się nudzi. Potrzebuję towarzystwa, a Nagini ostatnimi czasy bywa dość nierozmowna. Obraziła się na mnie, bo każę jej spać w budzie dla psa.

Wytrzeszcz. Hmmm… W tej chwili przypominała te dziwne mugolskie gumowe zabawki, które widział – jak się je ścisnęło, to im oczy na wierzch wychodziły. Tylko nie piszczała przy tym, za co był wdzięczny. Kobiecy pisk był jednym z najgorszych dźwięków, jakie istniały w naturze. Już nawet te obrzydliwe mlaskanie jakie wydawał z siebie Fenrir podczas posiłków, było lepsze. Swoją drogą trzeba go w końcu nauczyć jeść sztućcami. Bo jak to wygląda? Elita czarodziejów spożywa kolację w jednym z najpiękniejszych dworów na świecie, w otoczeniu mniej lub bardziej chętnej do służby służby, wkoło splendor, chwała, piękno i zło, Malfoyowie przepięknie ubrani, Voldemort świecący swoją idealnie wypolerowaną czaszką (miał niesamowicie gładką skórę i był z niej dumny), Nagini kołysząca się w rytm skrzypiec (gad-meloman) i Fenrir rzucający się na pieczeń, jakby głodował od stu lat, pożerający ją palcami i pozwalający by tłuszcz i kawałki mięsa latały wkoło. Coś w tym obrazku niezbyt pasuje, prawda?

– W budzie dla psa?

– Tak. Wiesz – trzy deski na krzyż zbite dwoma wykrzywionymi gwoździami. Do tego koce sprowadzone prosto z Egiptu. A ona śmie narzekać!

– Mhm… Ale po co ci ja?

Westchnął ostentacyjnie, że niby ona taka niedomyślna i w ogóle.

– Bo, w przeciwieństwie do Nagini, należysz do rodzaju ludzkiego i na ciebie jest milej popatrzeć. No i sporo słyszałem o twoim intelekcie, choć teraz raczej go nie widzę. Jesteś raczej… nieuprzejma – dokończył ze skrzywdzoną minką.

– Dziwisz się? – syknęła, choć była to mierna imitacja syczenia. Gryfoni nie umieli syknąć prawidłowo, choćby od tego miało zależeć ich życie. – Polujesz na takich jak ja! Zabijasz moich przyjaciół! Chcesz zabić mojego najlepszego przyjaciela! Nie szanujesz…

„Straszne”, pomyślał i przestał jej słuchać. Machnął ręką na zasadzie „a niech ci będzie”.

– Ty sobie tam siedź, pluj jadem i nienawiścią, a ja w tym czasie sobie poczytam, jeśli ci to nie przeszkadza.

Po czym ostentacyjnie otworzył książeczkę i udawał, że w tej chwili nie interesuje go nic poza straszliwymi przeżyciami psa, który jeździł koleją, choć chyba nigdy nawet nie wsiadł do pociągu. No, chyba, że za „jazdę” uzna się ostatnią przejażdżkę, hehe. Zastanowił się czy zarechotać na głos, ale doszedł do wniosku, że nie przy tej literaturze. Prawdę mówiąc powinien się popłakać, ale nie pamiętał, jak to się robi – ostatni raz na pokaz płakał w szóstej klasie, a to było jakiś czas temu. Wolał nie myśleć kiedy, bo podchodził dość drażliwie do kwestii swojego wieku.

Dziewczyna praktycznie udławiła się słowami, które najwyraźniej cisnęły się jej na usta. A niech się pluje, co mu tam. Podobno krytyka od czasu do czasu działa zbawiennie na psychikę. Nie próbował tego jeszcze, ale był gotów spróbować, a później zabić tego, kto twierdził, że to świetny sposób na resocjalizację kryminalistów. Nie, żeby uznawał się za kryminalistę. Kryminaliści byli właśnie tymi, którymi pogardzał – bez żadnej chłodnej logiki i wyższego celu po prostu poddawali się swoim przyjemnościom. On miał CEL i WIZJĘ, a to co było po drodze… Cóż, wszystko wymaga poświęceń. Zwłaszcza cudzych.

– Co zamierzasz ze mną zrobić?

Nie da mu przeczytać i zastanowić się nad bezcelowością działań psa, prawda? Fakt, Snape wspominał coś o tym, że nigdy się nie zamykała. Najwyraźniej jego imponująca osoba – nieco mniej imponująca w tym momencie, ale mimo wszystko imponująca – nie była zdolna jej zatkać. Jednak na knebel było zbyt wcześnie.

– Podpalić, zgwałcić, oblać żrącym kwasem, dać Nagini do zabawy, a następnie Śmierciożercom, po czym twoje zmasakrowane zwłoki podrzucić Potterowi w małym pudełku, a może od razu w urnie… – rzucił tonem „Idę do sklepu kupić bułki, mleko, szczypiorek i może jeszcze mięsko na obiad…”. Zbladła, ale wydawała się być tym mniej przerażona niż jego dziwnym zachowaniem. Czy ona naprawdę sądziła, że jest tak przewidywalny? – Żartowałem, oczywiście.

– Z tego co wiem, to właśnie tak postępujecie.

– Skądże. Z zasady zapraszamy członków Zakonu na herbatkę, częstujemy ciastkami i zapewniamy warunki wysokiego standardu. Jedynie czasami zdarzają się wypadki.

Na słowo „ciastka” zaburczało jej w brzuch tak głośno, że aż zdziwił się, że nie ogłuchł. Zaczerwieniła się i to omal nie spowodowało prychnięcia. Faktycznie, to był odpowiedni czas na wstyd.

– Kiedy mnie wypuścisz?

Ech… I kto tu był przewidywalny? Powinien był się nagrać i odtwarzać jej odpowiednie fragmenty. W sumie nie tylko jej, bo takie pytania padały od wszystkich, których do tej pory złapał. Jedynie Lovegood była nieco inna – ona się uśmiechała i twierdziła, że aura wokół niego jest całkiem przyjemnego, burego koloru. Był to chyba najdziwniejszy komplement, jaki kiedykolwiek słyszał. Szkoda, że zasłyszany od najgłupszej osoby z jaką miał kiedykolwiek styczność. Naprawdę nie wiedział, co Rookwood w niej widział.

– Kiedy się tobą znudzę.

– A jak mam spowodować, żebyś się mną znudził?

Opuścił lekko okulary – w takich chwilach żałował, że pozbył się nosa – i przyjrzał się jej. Nie odwróciła wzroku. Nie było sensu zaglądać w jej myśli, bo i tak pewnie był w nich teraz chaos.

– Wiesz, jest jeden poważny problem przy zadawaniu pytań.

– Czyżby?

– Tak. Zawsze otrzymuje się odpowiedź bez względu na to czy będzie się podobała pytającemu czy też nie.

– Wychodzę z założenia, że jeśli coś wiem, to jestem lepiej przygotowana na to, co mnie czeka. Więc – co mam zrobić, żebyś się mną znudził?

To było zabawne i miał w planach jeszcze lepiej zażartować sobie jej kosztem.

– Po pierwsze musiałabyś się rozebrać do naga i stojąc na baczność zaśpiewać hymn Hogwartu,.

Kolejny wytrzeszcz. To robiło się powoli nudne.

– D-dlaczego?!

– Bo chcę sprofanować ten hymn, jeśli już musisz mieć jakiś powód.

„Poza takim, że jeśli pierwszy raz rozbierzesz się sama z siebie, to później przyjdzie ci to znacznie łatwiej” – pomyślał, ale zachował to dla siebie. Po co ją uprzedzać? Zaczerwieniła się i spojrzała w bok, pocierając ramiona.

– Jeśli to zrobię, to się mną znudzisz?

– Po części na pewno.

Sięgnęła do guzików bluzki i powoli zaczęła ją zapinać. Nie rozumiał tej powolności. Kiedy on robił coś, na co nie miał ochoty, wolał zrobić to od razu – szybko i bez zbędnego ociągania się, żeby mieć to jak najszybciej za sobą. A w ten sposób urządzała mu darmowy pokaz striptizu. No, może nie taki znowu darmowy, bo w końcu mieszkała w jego celi, miała na szyi jego obrożę i w kącie stało jego wiadro – a za wynajęcie samej celi brałby kilka galeonów dziennie. Rzecz jasna, gdyby ktoś taką chciał wynająć. Zawsze miał się za wybitnego w każdym kierunku, ale nie sądził, że i architektura jest jego mocną stroną. Pomieszczenie nie tylko przygniatało nijakością, ale – przede wszystkim – tłumiło zdolność magiczną. Był z siebie wyjątkowo zadowolony, o tak. Nawet Dumbledore byłby tu nikim. Minus całej sprawy był taki, że i on miał problemy z najprostszymi nawet zaklęciami, ale i tak był na lepszej pozycji – nie miał na szyi obroży, która w pełni blokowała przepływ magii w żyłach.

Wracając jednak do striptizu, Hermiona zdjęła już wszystko i teraz stała przed nim naga. Nic specjalnego, ale popatrzeć można. Tylko jak tu teraz zareagować…

– Ojej! – krzyknął wysokim tonem, po czym przysłonił dłonią oczy. Jeszcze nigdy się niczego nie wstydził, więc nie do końca wiedział jak udawać skrzywdzoną dziewicę. – Jak możesz?

– No przecież miałam…

– Tak, ale… Nie sądziłem, że to zrobisz!

Spojrzał przez palce i omal się nie uśmiechnął. Miała tryumfującą minę. Kiedy zaczęła śpiewać hymn (najgłupszy tekst na świecie jaki powstał, bo nawet dadaiści przy tym wydawali się mieć sens) jej głos był mocny i nawet jeśli fałszowała, to przede wszystkim czuć było w tym wszystkim nadzieję. Skończyła, ubrała się pospiesznie (teraz dopiero włączyła jej się prędkość?) i spojrzała na niego butnie.

– Teraz mnie wypuścisz?

– Nie.

– Ale przecież powiedziałeś, że jeśli to zrobię to się mną znudzisz!

Odsunął dłoń od oczu i wyszczerzył zęby tak, jak tylko się dało. Och, dawno się tak nie ubawił.

– Och, to był tylko pierwszy z dwóch warunków.

No, dobra. Może i było ich jakieś sto więcej – tylko tyle był w stanie wymyślić w przeciągu trzech sekund – ale nie musiała o tym wiedzieć. Lepiej, żeby miała niespodziankę.

– A jaki jest ten drugi warunek, żebyś się mną znudził i wypuścił?

Cel…

– Twoja obecność tutaj przez jakieś, powiedzmy, sto lat.

…pal.

*

Ubrania paliły ją w ciało – wciąż czuła tę obrzydliwą nagość. Łzy przerażenia cisnęły się do oczu. Po raz pierwszy od kiedy go zobaczyła, zachowywał się jak nie-wariat i bardzo żałowała, że choć na chwilę odzyskał zdrowe zmysły, jeśli słowa „zdrowe zmysły” w ogóle mogą się w jakikolwiek sposób odnosić do Voldemorta. Wrócił do lektury, jak gdyby nic takiego nie powiedział, ale jego słowa wciąż krążyły jej po głowie. Sto lat. Co najmniej sto lat, jeśli dobrze go zrozumiała! Stała tam i nie wiedziała co zrobić dalej. Realna część jej mózgu próbowała wmówić jej, że nie powinna się przecież martwić, bo Harry i tak wygra. Jednak panika, która powoli ją ogarniała podpowiadała jedną, jedyną opcję: padnięcie na kolana i błaganie o wolność, na co z kolei nie pozwalała dumna, która wciąż jeszcze tam była. Czym innym było czytać o tym, jak zachowują się ci, którzy zostali porwani, a czym innym być na ich miejscu, gdy ratunek wcale nie jest taki pewien. A jeśli nie zostawił ani jednego śladu? Jeśli nikomu nie powiedział o tej celi? Nawet jeśli Harry wygra, to mogła po prostu umrzeć z głodu, czyli efekt końcowy byłby niewiele lepszy.

Od chwili, w której spojrzała w odbicie oczu bazyliszka w lusterku, wiedziała – zrozumiała to dosłownie w ułamek sekundy – że nie chce umrzeć, bez względu na sprawę. Pytanie tylko, czy życie w lochu Voldemorta nie będzie gorsze. Ale będzie żywa. Ale będzie torturowana. Ale będzie żywa. Ale będzie ją gwałcił, powoli zabijał Cruciatusem, podpalał, podtapiał i… O, Merlinie! Przecież on mógł sterować nią czarną magią i z powrotem odesłać!

– O, o tym nie pomyślałem – doszedł ją wesoły głos. O czym nie pomyślał? – O wersji z kontrolowaniem ciebie i odesłaniem do Pottera. – Merlinie! – Mów mi Czarny Panie, jeśli już musisz. Merlin był głupcem, który dał się pokonać jakiejś idiotce. – O, nie. Legilimencja. Dlaczego zapomniała? – Według większość dzieł psychologicznych winą jest szok, ale nie przejmuj się. Po jakimś roku powinien ci przejść. – Rok?! O, nie! Ona nie wytrzyma! – Wytrzymasz, wytrzymasz. Jeśli uznasz to za… hmmm… pocieszenie, to w ciągu przynajmniej tego roku nie odeślę cię do Pottera. – To już chyba woli czarną magię. – Da się zrobić, ale nie liczyłbym na to. – To ucieknę. – Proszę bardzo, próbuj. Nie nastawiaj się jednak na pozytywny efekt.

Jak to było? Oczyścić umysł? Zacisnęła mocno oczy i… i… I cholernie ciężko jej było oczyścić umysł! Złapała się za głowę – w miernej nadziei, że coś jej to pomoże – i z całych sił usiłowała się uspokoić. Ale im bardziej się starała, tym gorzej jej to wychodziło. Nie chciała tu zostać! NIE CHCIAŁA!!!

czwartek, 29 września 2011, mroczna88
Komentarze
2011/09/29 22:51:17
w koncu kolejny rozdzial :) ta historia jest genialna...zycze weny :)
-
2011/09/30 19:08:38
Hmmm, hmmm... chyba trochę przedobrzyłaś, kochana. Pomysły fajne, ale... Coś nie wierzę w tego Voldemorta. Rozumiem, że on ma jakieś chore poczucie humoru, ale momentami... no przedobrzyłaś. Wyszło trochę zbyt banalnie, nieco niewiarygodnie (jak wiem, że to z zamysłu nie ma być super realistyczne, no ale), a tam, gdzie miało być śmiesznie - nieśmiesznie i odrobinę głupkowato. I czy to na pewno było betowane? :P Niektóre zdania są dziwne. I to "wkoło", gdzie ja bym dała "wokół". Hahaha.
Pewnie bardziej by mi się podobało, gdybym wcześniej nie dostawała tych skrawków. Albo nie wiem. :( Wszystko, co napisałam, jest tylko moją opinią, także tego.
-
2011/10/01 17:33:38
Uwielbiam tego Voldemorta - on myśli. Nie jest jakimś podgatunkiem glonu czy porostu bez mózgu, tylko wykazuje kreatywne myślenie. Wizja Voldiego czytającego "o psie, który jeździł koleją" mnie rozbraja xD Niedawno odświeżałam sobie tę lekturę przy okazji czytania młodszemu bratu i, szczerze mówiąc, zachwyciłam się po prostu jej banalnością. Takie proste dialogi, puste opisy i nieciekawa fabuła. Nie wiem, czemu tak podobała mi się ta książka w drugiej czy której-tam klasie. Może pewnych lektur nie powinniśmy odświeżać? Niech nasza pamięć sama zadba o to, co zachować i w jakiej postaci? Taka mała dygresja ;)
Wracając do meritum: lubię ten tekst, bo jest taką odskocznią od rzeczywistości, od tych poważnych tekstów. Ogólnie bardziej preferuję te humorystyczne i parodyjne teksty, tak więc na stracie to opowiadanie było na wygranej pozycji. No ale innymi Twoimi tekstami nie pogardzę ;D
Zgadzam się z snake.charmer - w tym rozdziale zauważyłam wielokrotny brak przecinków, co nieco psuje czytelność tekstu. I jeszcze w tym fragmencie, gdzie Hermiona się rozbiera: Sięgnęła do guzików bluzki i powoli zaczęła ją zapinać. Powinno być "rozpinać". Błąd przy druku ;P
Życzę weny, czasu i ochoty w dalszym pisaniu (lecę sprawdzić resztę Twoich blogów i profil na ff).
Pozdrawiam,
Lileen
-
Gość: gracz, acbn94.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/10/01 21:14:08
-
Gość: zubatek, n112ip6.pasjo.net
2011/10/05 19:57:31
kobieto ktoś Ci już mówił że jesteś genialna :)? na pewno, ale jeśli jednak nie to ja Ci to mówie :D świetny tekst, czekam na ciągdalszy ;p
-
Gość: prisoner, bfk216.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/10/14 20:42:45
33
-
2011/11/11 19:22:53
Jak zwykle zabawne ale jednak gorsze od pozostałych... Czegoś mi brakowało takie smaczku jak miały poprzednie...
-
Gość: , aacc106.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/11/11 22:54:36
Przyznają się bez bicia- przeczytałam Twoje każde opowiadanie HP i niestety nie jestem oryginalna mówiąc do Ciebie "geniuszu". To mój pierwszy komentarz na Twoim jakim kolwiek blogu- oj długo zajęło mi wymyślenie czegoś co ie było by "łaaaaaaaał + ślinotok zachwytu" ;) Pomysł iście szatańsko-wspaniały. Czytam tego fica od powstanie i jedyną rzeczą nad którą ubolewam to odstępy miedzy rozdziałami...
-
2012/01/22 17:03:11
Uwielbiam nawet ten zryty tekst (śmiech)
-
Gość: rubya, x1-6-00-22-3f-9b-5a-34.k508.webspeed.dk
2012/02/27 15:34:11
ciekawe nie powiem :D
mam nadzieje ze bedziesz kontynuowac ^^
BannerFans.com